wtorek, 22 października 2019

Łuczeńczyk zrehabilitowany


Andrzej Łuczeńczyk "Dzieła zebrane"
Państwowy Instytut Wydawniczy 
(2018)

„W kącie [mowa o mieszkaniu Henryka Berezy, przyp. red.] udało mi się znaleźć wszystkie cztery książki Łuczeńczyka z dedykacjami. Pomyślałem, no cud. Wydajmy je. Nie wiedziałem, że wyjdzie tak dużo, bo książeczki są takie malutkie, niepozorne. Jednak, jak robiliśmy to na współczesnym składzie, okazało się, że książka urosła. Zgłosiłem pomysł w redakcji. Dyrektor ze swoją ostrożnością zapytał, czy na pewno nie jest to literatura chłopska, za którą niespecjalnie przepadał. Zapewniłem: Nie, broń Boże! I zaczęliśmy przygotowania”. Tak, o początkach powstawania „Dzieł zebranych” Andrzeja Łuczeńczyka, które ukazały się nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego w 2018 roku, mówił na łamach Wspólnoty Łęczyńskiej, redaktor tomu Paweł Orzeł.
Udało się! — chciałoby się wykrzyczeć, bo oto w ręce czytelników trafia książka wyjątkowa i niepowtarzalna, oddająca dziejową sprawiedliwość temu, kto na takową zasługuje niewątpliwie.
W książce, obok najważniejszych dzieł Łuczeńczyka („Przez puste ulice”, „Kiedy otwierają się drzwi”, „Gwiezdny Książę”, Źródło”, „Wyzwanie”), dwóch niepublikowanych opowiadań („Kosynierzy” i „Niedzielne radio”), dziesięciu opowiadań rozproszonych i dramatu „Mistrz”, znajduje się także bardzo pomocny wstęp Przemysława Kaliszuka oraz posłowie Adama Wiedemanna. Mamy tam również kalendarium życia i twórczości, obszerny biogram i bibliografię. Wszystko to stanowi integralną i głęboko przemyślaną całość.
Jakże proroczo, w kontekście rehabilitacji wielkiego zapomnianego pisarza z Ludwina, brzmią słowa Grzegorza Jacka Pylicy w tekście wspomnieniowym opublikowanym w 2003 roku, w Gazecie Wyborczej: „Pozostawił po sobie bogatą spuściznę literacką. Wiele utworów czeka na opracowanie, przepisanie z rękopisu i wydrukowanie. Całość warta jest fachowej analizy — wraz z interesującą biografią — może stanowić ciekawe studium lub temat pracy naukowej”. Choć żal bierze, że proroczymi nie okazały się słowa Bohdana Zadury z blurbu umieszczonego na tylnej części okładki „Dzieł zebranych”, że książki Łuczeńczyka powinny „być bestsellerami”, bo powinny i co do tego nie mam najmniejszej wątpliwości.
Wątpliwości te starał się rozwiewać wielki admirator pisarstwa ludwińskiego gwiezdnego księcia, legendarny krytyk literacki, Henryk Bereza, bez którego, zdaje się, nie sposób dobrze zrozumieć i zinterpretować tej, jakże osobnej do szpiku kości, twórczości, balansującej na granicy rzeczywistości dostępnej tylko nielicznym, powiedziałbym nawet: wybranym. Niepodobna nie znać tego swoistego preludium do łuczeńczykowego śmierciopisania, którym jest wydana w Państwowym Instytucie Wydawniczym książka pod redakcją Pawła Orła, „Alfabetyczność”. To w niej zostaje nakreślony szerszy kontekst, pewna matryca rzeczywistości, swoista miara zrozumienia niewidzialnych i pozazmysłowych doświadczeń w obcowaniu z prawdziwą literaturą, żeby możliwy stał się taki duchowy kontakt z czytanym słowem, kiedy tajemnica tekstu dobrego lub złego odsłania się, kiedy odkrywa się życie lub śmierć czytanego słowa, kiedy jest się niemal świadkiem papierowego porodu lub poronienia słowa i wie się lub przeczuwa, czy słowo jak niemowlę ma przed sobą życie zdrowe, czy kalekie (...). Rezultat pracy ducha musi spotkać się z pracą ducha, żeby mógł nastąpić akt rozpoznania i zrozumienia (...)”. A zatem, wszystkie te antropomorficzne, i nie tylko, wskazówki Berezy, poczynione w „Alfabetyczności”, są nieocenionym materiałem do właściwej pracy ducha, do głębszego doświadczenia słowa, do wejścia przez ciasną bramę, jaką pozostawił, myślę, z pełną świadomością, a nawet premedytacją, wielki pisarz z Ludwina, Andrzej Łuczeńczyk. Czy zatem mogą dziwić słowa redaktora „Twórczości”, wygłoszone 13 sierpnia 1991 roku nad grobem autora „Gwiezdnego Księcia”? Słowa kogoś, kto najgłębiej chyba rozumiał wagę jego literackiej spuścizny, że oto: „odchodzi od nas książę z ducha, wybraniec, owładnięte tajemniczymi mocami narzędzie słowa”. I dalej: „prawdziwi pisarze są wielką rzadkością, żyje ich teraz kilku, najwyżej kilkunastu”, oraz: „w słowie i przez słowo sięgał Andrzej Łuczeńczyk do największych tajemnic nieba i ziemi, istniał wśród nich, pisał, jak istniał”

Na antypodach świata, w swoim własnym mikrokosmosie

A jak istniał? A no właśnie tak. Na antypodach świata. W swoim własnym, osobnym, ludwińskim mikroświecie, posiadającym zaledwie kilka ulic. Na pozór nic szczególnego. Zwykła wieś, jakich wiele na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim. Ale to właśnie tu, w tej niczym nie wyróżniającej się miejscowości, urodzony 10 grudnia 1945 roku Łuczeńczyk wyznaczał swoje tajemne orbity twórczości, po których konsekwentnie poruszał się do końca swoich dni. To w Ludwinie, niczym mitologiczny demiurg, powoływał do życia niezbadane dotąd światy. Zapisywał wielkie tajemnice istnienia. Niejednokrotnie stając się ich depozytariuszem.
Kto wie, może właśnie osobność tego specyficznego łuczeńczykowego świata redaktor tomu „Dzieł zebranych”, Paweł Orzeł wraz z Anną Sztwiertnią, autorką grafiki, próbowali odwzorować na okładce, umieszczając tam sugestywny obraz przedstawiający pewien konglomerat rzeczywistości. Oto z jednej strony mamy tam widoczny zarys postaci, czarnej, tajemniczej i niedookreślonej, z drugiej zaś, gdy przyjrzeć się temu głębiej, stanowiący jakby wycinek nocnego nieba z widocznymi wyraźnie gwiazdami i konturem drogi pośrodku głowy. Drogi wiodącej ku niedostępnym dla zwykłych śmiertelników przestrzeniom universum.
Cała historia rozpoczyna się w czasach wojennych, kiedy to matka Andrzeja Łuczeńczyka, Walentyna, zostaje wywieziona w 1940 roku do Niemiec, gdzie poznaje Bronisława Młynarczyka, żołnierza kampanii wrześniowej, i przyszłego ojca pisarza, osadzonego w obozie jenieckim. Po zakończeniu wojny wraca do Ludwina, gdzie w 1945 roku na świat przychodzi Andrzej. Niestety wychowuje go sama. Pomocą jednak służą dziadkowie Jan i Antonina Łuczeńczykowie i wuj Hipolit, z którym chłopiec miał bardzo dobry kontakt, czego dowodem jest to, że często widywano ich siedzących razem w progu domu i rozmawiających. Siedmioklasowy system szkolny w przypadku przyszłego literata odbywał się dwutorowo. Pierwsze sześć klas ukończył w Ludwinie, a ostatnią, siódmą, przebywając u swojej matki chrzestnej w Bytowie. Po jej ukończeniu wrócił do rodzinnych stron. O kolejnych etapach edukacji sam Łuczeńczyk mówił na łamach „Kameny”, w której z resztą zadebiutował w 1969 roku jako prozaik, tak: „Trzy lata uczyłem się w Liceum Ogólnokształcącym im. Stanisława Staszica w Lublinie, z którego w dobrej pamięci zachowałem przede wszystkim panią Małgorzatę Szewczyk, świetną polonistkę. Potem zrobiłem sobie długą przerwę, by wreszcie, w trybie zaocznym, zdać egzaminy maturalne”. Maturę zdaje w styczniu 1978 roku w Liceum dla Pracujących w Lublinie.
W tym czasie, „świeżo upieczony” maturzysta ma już debiut dawno za sobą, ale prócz tego także wiele publikacji w ważnych czasopismach literackich, jak choćby w paryskiej „Kulturze”, pod kierownictwem Giedroycia, londyńskiej „Oficynie Poetów”, czy polskiej „Kamenie”.
W maju 1979 roku żeni się z Katarzyną Szczepańską, z którą wkrótce wyjeżdża do Wielunia, zatrudniając się w tamtejszym „Wieluńskim Przedsiębiorstwie Budowlanym” i nawiązuje tam współpracę z warszawskim Wydawnictwem Czytelnik, które w 1982 roku wyda jego książkowy debiut „Przez puste ulice”.
Całe lata 80. to cudowny rozkwit łuczeńczykowego pisarstwa. Trajektorie orbit zaczynają zataczać coraz to szersze kręgi. Dychotomia mikroświatów i mikrokosmosów Łuczeńczyka coraz pewniej wychodzi na świat z ciasnych i ciemnych pomieszczeń ludwińskich kotłowni szkoły i ośrodka zdrowia, gdzie od 1986. pracował jako palacz. Pojawiają się kolejne jego książki publikowane w wydawnictwie Iskry, opowiadania w najważniejszych pismach literackich, jak choćby „Twórczość”, czy „Akcent”, wywiady, nagrody, stypendia twórcze, a nawet propozycje ekranizacji, czy napisania słuchowiska dla Teatru Polskiego Radia. A zatem wszystko to, czego pisarz świadomy swego talentu powinien od świata otrzymać. I otrzymywał, ponad wszelką wątpliwość. Aż do tragicznej śmierci w 1991 roku. Ostatnie godziny spędził w domu. Żona ciotecznego brata Andrzeja, Krystyna, tak wspominała ostatnie popołudnie pisarza: „Były żniwa, niedzielne popołudnie spędzaliśmy z mężem u moich rodziców, wtedy na podwórko Łuczeńczyków zajechała taryfa. Romek powiedział, że Andrzej uciekł ze szpitala. Poszliśmy do niego. Wyszedł ze szpitala w piżamie i wsiadł w taryfę, powiedział koledze, że jedzie na godzinkę dwie do domu, a potem wróci do szpitala. Ale on już tam nie chciał wrócić. Przyjechał po południu i w nocy zmarł. Chyba czuł, że umrze i chciał być w domu. Spędziliśmy z nim dwie godziny. Siedział przed domem, normalnie rozmawiał, ale nie wyglądał jak żywy człowiek. Przyszłam do teściowej i mówię: — Andrzej wygląda jakby już umarł, tyle że mówi i ma oczy otwarte. No i w nocy zmarł. Miał zaledwie 45 lat”

Śmierciopisanie

Edward Stachura miał swoje życiopisanie”. Chcąc spiąć twórczość Łuczeńczyka klamrą, która oddawałaby istotę jego pisarstwa, tak jak w przypadku Stachury, myślę, że najodpowiedniejszym stwierdzeniem mogłoby być śmierciopisanie”. To jakże głębokie zainteresowanie tajemnicami życia i śmierci, którymi przesiąknięty jest niemalże cały dorobek wielkiego zapomnianego pisarza z Ludwina, może mieć, jak sądzę, swoje podłoże w tragicznym wydarzeniu z wczesnej młodości Łuczeńczyka. Chodzi o nieopisaną tragedię, która wydarzyła się nad jeziorem Rogóźno. To tam na oczach kolegów, w ciemnej torfowej wodzie, utonął jeden z przyjaciół Andrzeja. Czy zatem może dziwić fakt, że prozatorski debiut, otwierający tom „Dzieł zebranych”, rozpoczyna się opowiadaniem „Ciemna woda”? Jasne wskazówki rozwiewające wszelkie wątpliwości daje nam świadek tego wydarzenia i bliski przyjaciel ludwińskiego literata, Ryszard Białek, który mówi: „ Dylemat bohatera ma swoje źródło w prawdziwym wydarzeniu. Mowa jest tam o trójce przyjaciół, którzy wypłynęli na jezioro i dwóch z nich nagle zaczyna się topić, trzeci zaś w szoku, osłupieniu, rozterce, nie ratuje żadnego, bo nie wie którego najpierw. Opowiadanie to [„Ciemna woda”, przyp. red.] mogło być podyktowane zdarzeniem, które wspólnie przeżyliśmy nad Rogóźnem. Byliśmy wtedy nad jeziorem w dwóch grupach, Andrzej z kolegami dotarł autobusem, a młodsza grupa (wśród nich ja) dojechaliśmy rowerami. W trakcie naszego pobytu w płytkiej wodzie utopił się Stanisław D. Mieliśmy niewypowiedziane pretensje do ich grupy, że nie szukali kolegi, że na naszych oczach w odległości 20 metrów utopił się. Andrzej chyba czuł się odpowiedzialny za to zdarzenie, bo podszedł do nas tłumacząc, że myśleli, że Stasiek jest z nami”
Nie tylko „Ciemna woda” jako taka, ale cały debiutancki zbiór opowiadań „Przez puste ulice” zakreśla dość sugestywnie wszechobecność śmierci, która wdziera się bezpardonowo w życie jednostki wrażliwej i otwartej na wielkie tajemnice bytu i która nie opuszcza go na krok. Zaciska coraz mocniej pętlę mroku i ciemności, czego emanacje można obserwować w całej twórczości pisarza. Ten późny debiut książkowy Łuczeńczyka — miał wtedy trzydzieści siedem lat — to nie tylko opisy prozaiczności życia klasy robotniczo-wiejskiej, ale przede wszystkim próby poradzenia sobie ze zmieniającą się rzeczywistością w otoczeniu jednostki, jak też zmiany jej samej. W tych jedenastu opowiadaniach, zawartych w tomie „Przez puste ulice”, mamy zatem do czynienia „z życiem skonfrontowanym z wielokształtną, choć utajoną, wszechobecnością śmierci”, jak słusznie zauważył Henryk Bereza. Chcąc jednak wejść głębiej i zrozumieć tanatyczną naturę ludzkiej egzystencji, trzeba zdobyć się na heroiczną wręcz odwagę zdystansowania się, patrzenia chłodnym okiem na ludzkie tragedie. Tak właśnie, zdaje się, w swojej kolejnej książce „Kiedy otwierają się drzwi”, postąpił Łuczeńczyk, stając się zimnym obserwatorem. Oto tutaj przedstawiany jest świat półnagi, anonimowy i bezosobowy. Bohaterowie ogołoceni są z imion, nazwisk, biografii, czy swojej przeszłości. Pojawiają się jedynie określenia: kobieta, mężczyzna, on, czy nazwy zawodów, jak lekarz, taksówkarz. Wygląda to tak, jakby narrator chciał przekazać nam wiadomość, jakby próbował zawrzeć w tej ascetycznej formie pewien ponadczasowy uniwersalizm, że właściwie bohaterem jego opowiadań mógłby być każdy z nas.
Prędzej czy później poszukiwania Łuczeńczyka musiały zaprowadzić go w najciemniejsze rejony uniwersalizmu, przedzierającego się już w poprzednich książkach, uniwersalizmu wszechobecnego zła. Nic więc dziwnego, że po śmierci pisarza jedyną książką, której druk został wznowiony, był właśnie „Gwiezdny książę”. Ta jakże specyficzna mikropowieść o maxi zasięgu, osadzona w średniowiecznych realiach, mówi o księciu, który uzurpując sobie boską władzę, morduje rękami innych wszystkich swoich konkurentów. Choć i tu, jak słusznie zauważył Bereza, „zbrodnie samego księcia są czym innym i pochodzą z innego wymiaru spraw świata. Zabijając książę działa jak Bóg, który oskarża i karze. Książę sprawdza swoimi zbrodniami kim jest człowiek w obliczu zbrodni, uzyskując niezbite dowody, że człowiek czynnie lub biernie zbrodnie aprobuje, wliczając je do praw świata. Zbrodniom księcia nikt się nie przeciwstawił, zabijani idą posłusznie pod miecz, pokonani wielbią zwycięzcę, bardowie opiewają piękno świata. Świat święci tryumf zbrodni, ponieważ zbrodnia rządzi światem”. Koniec końców, rozczarowany tryumfem zbrodni książę popełnia samobójstwo, wypływając na sam środek jeziora, choć sam Łuczeńczyk nigdy nie potwierdził, że książę faktycznie zginął. To bardzo ciekawe, że w kolejnej ważnej, jeśli nie najważniejszej książce, pojawia się motyw jeziora jako sprawcy śmierci, powracający jak echo, przypominające wydarzenia sprzed lat. Echo tej traumy z przeszłości wnikliwy czytelnik może wyczuć także w czwartej powieści Łuczeńczyka Źródło”, w której przedstawiony jest świat płatnego mordercy. Świat rozdwojenia jaźni, nieopisanej samotności człowieka, ale też tryumfu zbrodni. W kontekście opisanych powyżej wydarzeń znad jeziora, bardzo wymowne jest, że autor Źródła”, głównemu bohaterowi nadaje imię Adam, używając tylko inicjału nazwiska S. Pokusa, by zadać sobie pytanie, czy nazwisko rozpoczynające się na literę S nie odsyła czasem do tragicznej historii z przeszłości, jednak istnieje. Choć z drugiej strony, biorąc pod uwagę uniwersalizm próz Łuczeńczyka, należałoby szukać znacznie głębiej. Symboliczność imienia Adam, nie tylko w biblijnym kontekście, ale przede wszystkim w dzisiejszych poszukiwaniach, dotyczących znaczenia tego imienia, prowadzą do bardzo ciekawych konotacji znaczeniowych. Współcześnie genezy tego imienia dopatruje się w językach sumeryjskim (od ada – mu, czyli mój ojciec), akadyjskim (zrodzony), czy arabskim (łączyć się). Wszystkie te znaczenia słów prowadzą do konkluzji, że oto w utworze możemy mieć do czynienia z czymś znacznie większym i o wiele mocniejszym od człowieka. To znamienne S w połączeniu z imieniem Adam stanowi jakże uniwersalny wymiar ludzkiej egzystencji zmagającej się z wszechogarniającym świat złem. Złem nie tylko w aspekcie materialnym, ale i metafizycznym, a koniec końców duchowym. Z Lucyferem próbującym zapanować nad człowiekiem już od zarania dziejów, próbującym doprowadzić człowieka do autodestrukcji.
Nazwisko określa pewną historię, swoistą genezę każdego z nas. Wskazuje na źródło, z którego indywidualny człowiek się wywodzi. Zastanawiam się, czy Łuczeńczyk używając tej wyjątkowo symbolicznej asocjacji, określającej głównego bohatera, nie chciał powiedzieć, że podejmując się próby zrozumienia zła i jego istoty należy przede wszystkim zacząć od źródła właśnie, czyli de facto od samego siebie.
Biorąc do ręki „Dzieła zebrane” można oczywiście jednostkowo zachwycać się poszczególnymi opowiadaniami czy mikropowieściami. Można gloryfikować piękne, czyste jak kryształ narracje, czy operowanie różnego rodzaju stylistyką. Można popaść w uniesienie czytając idealne dialogi. Można niewątpliwie też „pobawić się” w poszukiwanie ukrytych kodów, znaczeń, wyrazów-kluczy, jak zrobił to Adam Wiedemann w posłowiu. Jedno natomiast jest pewne. Chcąc poczuć „ducha Łuczeńczyka”, jego mroczny klimat, trzeba po prostu do Ludwina przyjechać. Można dla przykładu pójść nad jezioro, o którym pisał. Schować się gdzieś przed wścibskimi spojrzeniami i wpatrując się w ciemną toń wody, czytać. Najlepiej opowiadanie Ciemna woda.
No i koniecznie trzeba odwiedzić prawosławny cmentarz w Dratowie, gdzie spoczywa Andrzej Łuczeńczyk, by oddać należny mu hołd.

Rafał Kasprzyk














czwartek, 29 sierpnia 2019

Yan Lianke "Sen wioski Ding"

Wstrząsające proroctwo.


Właśnie jestem tuż po lekturze książki Yana Lianke „Sen wioski Ding”, wydanej w tym roku (tj. 2019.) przez Państwowy Instytut Wydawniczy. Dłuższy czas wpatruję się zamyślony w biel karki i po raz pierwszy w życiu nie mam bladego pojęcia od czego właściwie zacząć. A to jak się teraz czuję, idealnie oddają słowa samego autora napisane w posłowiu: „bezradny, przygnieciony samotnością i brakiem perspektyw, jakby porzucono mnie na bezludnej wyspie bezkresnego oceanu , gdzie nie dolatują ptaki i nie wyrasta nawet trawa”.
Skalę spustoszenia emocjonalnego, jaka dokonała się w mojej głowie po przeczytaniu tej książki, można porównać do wybuchu bomby atomowej o sile wielu kiloton. Zmieniła ona krajobraz mojej świadomości w pustkowie, napromieniowane niewyrażalną w słowach mocą cierpienia i niesprawiedliwości, które człowiek jest w stanie zadać drugiemu w imię chorej ideologii.

Dominik Żyburtowicz "Remedorium"


Krótka symbioza czasu.

O „Remedorium” Dominika Żyburtowicza


Jeszcze dobrze nie „przetrawiłem” materiału z ostatniego tomiku Dominika Żyburtowicza pod tytułem „Klucze uniwersalne”, wydanego przed wakacjami przez WBPiCAK w Poznaniu, o którym niedawno pisałem, a już przychodzi mi mierzyć się z jego kolejną książką, którą oczywiście czytałem na długo przed publikacją, robiąc do niej nieoficjalną korektę, ale wtedy czytanie to miało zupełnie inny charakter.
W początkach sierpnia, Fundacja Kultury „Afront”, wypuściła w świat czwartą książkę Dominika, noszącą tytuł „Remedorium”. Długo zastanawiałem się, czy aby na pewno to jest dobre dla czytelnika, ale też i dla samego autora.
„Klucze uniwersalne” są bardzo emocjonalną książką, poruszającą na tyle ważne tematy, że warto by było popromować ją trochę, by jakoś mocniej zaistniała w przestrzeni, by jej echo wybrzmiewało trochę dłużej. Z korzyścią i dla czytelnika i dla autora.

wtorek, 30 lipca 2019

Paulina Pidzik "(wejście w las)"

Czułość nad czułościami i wszystko czułość.

O poetyckim debiucie Pauliny Pidzik


W 1995 roku Edward H. Adelson, profesor prestiżowej amerykańskiej uczelni MIT, odkrył i dokładnie opisał niesamowite złudzenie optyczne nazwane „szachownica Adelsona”. Ten zacny uczony, wydawać by się mogło, w bardzo prosty sposób zarysował problem naszego postrzegania rzeczywistości. Oto za pomocą kontrastu kolorów udowodnił, że tak naprawdę wiele rzeczy nie jest tym, czym na pierwszy rzut oka się wdają. Narysował on szarą szachownicę, na której postawił zielony walec rzucający nań cień oraz zaznaczył dwa pola, jasnoszare i ciemnoszare, opisując je literami A i B. Patrząc na nie, widzimy dwa różne kolory, ale kiedy połączymy owe pola kolorem z pola A na przykład, to nagle okazuje się, że obydwa mają tę samą barwę. Ktoś mógłby zapytać, co wspólnego ma debiut poetycki Pauliny Pidzik „(wejście w las)” z obrazem szachownicy Adelsona?

piątek, 26 lipca 2019

Dominik Żyburtowicz "Klucze Uniwersalne" RECENZJA



Odwaga metapatrzenia


Kiedy w marcu tego roku (2019) snułem rozważania o dwóch książkach Dominika Żyburtowicza „Żaglowce” oraz „Spaceboy”, doszedłem wtedy do wniosku, że pozostawiają one w czytelniku ogromny niedosyt. Nazwałem je wtedy swoistymi encyklopediami niekończącej się utraty, w których autor podejmuje się próby re definicji świata po doświadczeniu wszechobecnej śmierci, robiąc to w sposób bardzo subtelny i delikatny, jakby się jeszcze czegoś obawiał. Może świata tak idealnie dostrojonego do umierania wszystkiego wokół? Może siebie samego i swoich możliwości poznawczych? A może tego głębokiego patrzenia w ciemność nocnego nieba?